| << | Maj 2012 | |
| Pon | Wt | Śr | Czw | Pią | Sob | Nie |
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |
| 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | | | |
| Statystyki |
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
3448
|
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
48
|
|
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
36
|
|
|
|
|
2009-04-16
|
HISTORIA 1 KOCIEWSKIEJ DRUŻYNY HARCEREK „BOROWIANKI” oczami DrużyNowEj
JAK POWSTAŁA 1 LUBICHOWSKA DRUZYNA HARCEREK „BOROWIANKI”? (2003 rok)
1KDH-ek ,, Borowianki'' powstała w styczniu 2003roku przy Publicznym Gimnazjum w Lubichowie ( wtedy pod nazwą 1 Lubichowskiej Drużyny Harcerek „Borowianki”). Pierwszą drużynową była tamtejsza nauczyciela i była instruktorka ZHP- Iwona Kowalczyk. Po pierwszym naborze powstały od razu 4 zastępy, w tym mój („Wiewióry”).
1 Lubichowska Drużyna Harcerek „Borowianki”
Ja właściwie w drużynie znalazłam się przypadkowo. Nie wiedząc za wiele o harcerstwie (od zawsze mi się jakoś tak ono marzyło) wstąpiłam na przekór tacie do próbnej zgrai „biszkoptów”. Jak można domyśleć się tata nie był zadowolony z tak drastycznie przez mnie podjętej decyzji. Powodów było wiele, jednak najważniejszy: to wiele zajęć na gospodarstwie. Spokojna, zawsze ustępująca OLO ( tak mnie nazywa gdy świetny nastrój) powiedziała NIE. „Tato to było zawsze moim marzeniem”, powiedziałam i dalej to już jakoś wszystko się potoczyło.
Przez pierwszy rok swojej działalności drużyna ściśle współpracowała z równoległą, bratnią drużyna męską (5 Lubichowską Drużyną Harcerzy „Kociewiak” im mjr Szędzielarza ps. „Łupaszka”- powstałą w lipcu 2002 r.), której drużynowym był pwd Piotr Ojowski HR.
Pierwszym ważnym wydarzeniem w historii drużyny był kominek z okazji DMB, który był niczym chrzest bojowy dla „naszej niesfornej gromadki”, która dopiero dowiadywała się co to w ogóle jest harcerstwo?;-)
W kwietniu nastąpiło kolejne ważne wydarzenie, otóż odbył się w Osiecznej nas pierwszy biwak W pamięci utkwił mi obraz roześmianej ekipy, która zrobiła sporo przysiadów, zanim druh Papaj nauczył nas musztry.:-) Kominki, zagubione druhenki, burza, bieg harcerski, na którym wszystkiego się uczyłyśmy, pies Majki, który obgryzał nogawki i jeszcze wiele innych atrakcji. Z dziewczyn w szpilkach nie pozostało ani śladu. Następna eskapada to „Majówka” ( przegląd piosenki turystycznej i harcerskiej w Starogardzie Gdańskim), gdzie powstała nazwa drużyny, dotąd bezimiennej.
Nazwa „Borowianki”, ponieważ mieszkamy na skraju Borów Tucholskich, uwielbiałyśmy przebywać w lesie i tak się nazwałyśmy jako zespół muzyczny. Nasze mundury składały się z jasnych zielonych beretów, chust, pagonów, zaś getry miałyśmy czarne w białe paski i zielone pasy parciane ( te 2 ostatnie elementy umundurowania łączyły nas z harcerzami, z PIĄTKI!).Dlaczego kolor zielony? Bo łączy nas sporo z przyrodą, bo po wielu latach przerwy na tym terenie zaczęło działać w końcu znowu harcerstwo, bo byłyśmy iskierkami nadziei „emerytowanych tutejszych harcerzy”, bo same byłyśmy pełne nadchodzące jutro!
Czas szybko mijał i tak w czerwcu odbył się długo oczekiwany biwak pod namiotami nad jednym z Bagienek w Mermecie. Nigdy nie zapomnę radości i podekscytowania nam towarzyszącego kiedy budowaliśmy nosze, chodziliśmy po linach, błądziliśmy w lasach, walczyliśmy o „swoich” podczas gier nocnych.
W wakacje, ja wraz z Monika Duzowską zostałyśmy wysłane na obóz do Potęgowa z 47SDH-ek „ Wigwam” oraz 19GDH-ek „Buki” oraz 87GDH „Zielona Arka Noego”. Była to wspaniała przygoda, której nigdy nie zapomnimy. Oboźna przywiązana do jeepa, wrzucona do fontanny, chatki przy chatach, alarmy, niezapomniana gra nocna, świetne manewry.
Potem nie licząc wigilii drużyny (było na niej 70 harcerek i harcerzy + 30 gości, głównie rodziców) miałam półroczną przerwę, spowodowaną pójściem do Liceum i brakiem możliwości uczestniczenia w zbiórkach, które odbywały się podczas ostatnich zajęć lekcyjnych, mimo wszystko utrzymywałam kontakt i postanowiłam, że założę w swojej rodzinnej miejscowości najlepszy zastęp pod słońcem.
2004 rok- CUDOWNE ROZMNOŻENIE!?
Nie poprzestałam na pustych słowach i tak maju wzięłam się do czynu. Zwerbowałam kuzynkę Izę i jej koleżankę Hankę do mojego nowego zastępu ( poprzedni oddalam podzastępowej) ,potem wspólnie zrobiłyśmy nabór wraz z harcerzami w PSP im Andrzeja Grubby w Zelgoszczy (Pan Mieczysław Cichon bardzo pomógł i nadal pomaga!!!). Ku naszemu zdziwieniu przyszło 6 chłopaków i aż 26 dziewczyn!!!Takiego obrotu sprawy się nie spodziewałyśmy?;-)
Od razu założyłyśmy 2 zastępy ( „Zielony Płomień (zastępowa- ja) oraz Źródło ( Iza)), które z czasem przekształciły się w 3 ( „Kukułki-zastępowa Hanka). Nasze pierwsze zbiórki ( dziewczyny z Gimnazjum osobno) odbywały się w lesie, w rowie, na łące, w naszych domach, na boisku itp. W ten sposób „przyłapała” nas dh Maria Halmann jadąca odwiedzić swoją mamę do Lubichowa ( była drużynowa 1 Gniewskiej Drużyny Harcerek „Gniazdo”, która od roku nie działała) i się bardzo, ale to bardzo zdziwiła, gdy przejeżdżając obok boiska ujrzała tablicę, na której był namalowany krzyż harcerski, a w około ponad 20 dziewczyn. Zaskoczona, dowiedziała się od komendantki Chorągwi, że powstała tam drużyna.
Nikt wtedy nie pomyślał nawet, że ich drogi się splotą. Z naszymi babkami mogłyśmy wszystko, chodziłyśmy na wędrówki, śpiewałyśmy, grałyśmy( głównie na nerwach) i jeszcze innych milion rzeczy. Tuż po naborze ( 3 dni później)odbył się biwak w Bietowie gdzie w 1 stronę 7 km przeszłyśmy, było fajne- ognisko z rodzicami, miesiąc później zorganizowałyśmy biwak nad jeziorem Kochanka ( 3 nieprzespane noce w namiocie 6-osobowym, w którym mieściło się nas 11-naście, zwanym „Stodołą;-)), przyrzeczenie.
Czas leciał i tak w październiku przyjechała osobiście, ówczesna komendantka Chorągwi Pomorskiej Harcerek- hm Marysia Brzeska-Deli aby poznać tą „tajemniczą” drużynę ;-). Wtedy też zapadła decyzja, że ja przejmuję drużynę ( miałam zaledwie skończone 17 lat, staż ponad roczny w harcerstwie, od 1,5 miesiąca byłam dopiero przyboczną, nieoficjalnie od początku istnienie drużyny z Moniką Duzowską). Po prostu Marysia powiedziała:” wydaje mi się, że nadajesz się na drużynową, nie może być tak, że harcerstwo jest traktowane jak kółko szkolne”. Byłam tak zaskoczona tą propozycją, że z tego wszystkiego nawet nie odmówiłam. A przecież było to szaleństwo!!! Powodów było wiele, najważniejszy, to ten że mój tata bardzo się sprzeciwiał, temu bym była harcerką co zrobić gdy drużynowa nie może , wiele nie może…? Wtedy miałam 8 zastępów (Zielony Płomień(Kamila Kolaska/Ewelina Stangiel)- Zelgoszcz, Źródło(Iza Milewska)- Wielki Bukowiec, Kukułki(Hania Kamińska)- Czarny Las, Sosenki( Monika Duzowska /Monika Wojak)- Zielona Góra, Pajęczynki(Magda Burzyńska)- Lubichowo, Jaszczurki (Patrycja Stwawowy/Gizela Stiwe)- Ocypel, Mrówki( Anna Kolaska/Monika Kolaska), Stokrotki (Dorota Bochenek)- Smętowo Graniczne, i ponad 50 dziewczyn w drużynie.
2005-2006 lata- WSPANIAŁE LATA, PEŁNE RADOŚCI !
Od 2.04.2005 roku do lutego 2007r. podlegała bezpośrednio pod Pomorską Chorągiew Harcerek ,,Matecznik” aż do wstąpienia do 1 Gdańskiego Hufca Harcerek ,,Więźba"( na kursie przewodnikowskim, na którym tez przypadkowo się znalazłam, poznałam hufcową Magdę Radomską i tak poszło).
W latach 2005-2006 drużyna zorganizowała 2 zimowiska (we Wdzie i Gniewie), wiele biwaków oraz 2 biwaki letnie (w Błędnie oraz Zdrójnie), od 2006 r. też organizuje corocznie rekolekcje wędrowne drużyną. Na Zlocie w Gdyni Kolibkach w 2005 r. zdobyłyśmy swoje 1 miano-Zielonej Koniczynki (wcześniej byłyśmy albo drużyną próbną, albo ze względu na odległość i trudności nie stawiałyśmy się na grach kategoryzacyjnych i też z tego powodu nie miałyśmy miana).
Kadra 1 KDH- ek „Borowianki”
(„Małpi Gaj”- pwd Kamila Kolaska HR, sam Gosia Kaczmarek i trop Ania Grudzińska)
2007 rok- KRYZYS
Od stycznia 2007 r. drużyna zmieniła nazwę z Lubichowskiej na
Kociewską, spowodowane było to zmianą terenu działania (były w drużynie nie tylko harcerki z gminy Lubichowo, ale także z innych gmin, m.in. Smętowa Granicznego, Gniewu, Skórcza itp.). Drużyna dorobiła się także 2 harcówek (w Zelgoszczy oraz Gniewie). Ponadto korzystałyśmy bezpłatnie ze szkoły we Wdzie oraz otrzymywałyśmy pomoc, w formie bezpłatnego przewozu z gminy Lubichowo i Gniew ( i nadal otrzymujemy).
Mimo, że wydawało się, iż wszystko idzie pomyśle, nastąpił spory kryzys wraz z pójściem drużynowej na studia (Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu). Prowadzenie drużyny na odległość, na tak rozbitym terenie było bardzo trudne (zastępy z gminy Lubichowo do zastępów z gminy Gniew mają 40 km, żadnego bezpośredniego połączenia, koszt dojazdu jest droższy niż do 3-miasta, dokąd jest ok. 60km z Gniewu i ok. 75 km z Lubichowa). Odeszła przyboczna –Monika Duzowska, z 7 zastępów zostały 3, a potem 2 (dziewczyny wychodząc z gimnazjum odchodziły, gdyż one i ich rodzice uważali, że to tylko zabawa).
Mimo tak trudnej sytuacji , postanowiłam z dh Marią, że drużyna w tym roku po raz pierwszy ( w ciągu 5 lat działalności) pojedzie na obóz jako samodzielny podobóz dzięki dużej pomocy i wsparciu ze strony pwd Marii Halmann, pwd Piotra Błaszkowskiego praz pwd Magdalenny Radomskiej.A w sierpniu ZZ-tem byłyśmy odpowiedzialne za kuchnię na kursach BORNEO na Pomorzu ( ten wyjazd bardzo mnie zintegrował z przyboczną).Nasz praca była bardzo doceniana.
W grudniu, do wigilii musiałam podjąć decyzję czy prowadzę dalej drużynę, czy odchodzę? Nie dawałam rady. Przez cały rok, prawie każdy weekend zajmował mi jakiś wyjazd, impreza harcerska ( tylko 2 weekendy przez cały rok spędziłam w Toruniu, zaniedbywałam studia, znajomych, rodzinę (i ona mnie). Sama wtedy pisałam przyjacielowi oraz komendantce Chorągwi (hm Agnieszce Ossowskiej): „Jeżeli chodzi o drużynę to nie jest tak, że ja się chce jej pozbyć, ale po prostu zauważam, że nie daje sama rady (Gosia ma też coraz mniej czasu bo się uczy-przyboczna)., nie chcę prowadzić drużyny, którą bym tylko krzywdziła swym nieprzygotowaniem i brakiem czasu. Byłoby to bez sensu. To już lepiej by ja rozwiązać, by dziewczyny zapamiętały ją jako drużynę z fajnym klimatem i atmosferą oraz potencjałem. bo powiem szczerze ,że jeszcze rok temu jak było 5 zastępów ( w tym 2 w wieku 14-20 lat ) to drużyna była na bardzo wysokim poziomie i uważam ,ze wtedy śmiało mogła kandydować do miana srebrnej koniczynki...a klimatem i zaangażowaniem była nawet wyżej niż wiele drużyn z Chorągwi. Nie piszę tego by sie przechwalać czy użalać nad swoim losem, ale naprawdę 2004-2006 była to zupełnie inna drużyna...choć działałyśmy tylko lokalnie, ale było 40-50 osób i prężnie działających 5 -7 zastępów. A od kiedy zaczęłam studiować ...to masz paszczet”. ;-(
2008 ROK PELEN NADZIEJI I SPEŁNIANIE MARZEŃ
W końcu podjęłam ostatecznie decyzje, że spróbuję odbudować drużynę od podstaw. Było to spore wyzwanie! Efekty tej decyzji („ostatniej deski ratunku”) udowodnił mający nadejść 2008 rok.
Zorganizowałyśmy zimowisko w Toruniu (było nas tylko 10), bardzo udane. Jednak przełomowym oraz najbardziej udanym wyjazdem dla drużyny w 2008 roku był biwak letni w Mermecie, gdzie było nas 23-25 (w tym połowa „kumpel” naszych harcerek). Ten wyjazd tak się wszystkim spodobał, iż prawie wszystkie „nowe” dziewczyny zostały w drużynie. Potem bardzo udane ognisko z rodzicami, które przygotowali rodzice Jasi i nasza kadra ( założenie KPH ). Wyjazd ZZ-tu na Białoruś w celu prowadzenia półkoloni i pomocy w remoncie harcówki w Porzeczu ( pomoc dh Emmie Łazarekowej- cudownej kobiecie, która tam krzewi ducha polskości!!!), w sierpniu wyjazd na Międzynarodowe Katolickie dni Młodzieży Polskiej w Szumsku, gdzie zapadła spontaniczno-przemyślana decyzja o utworzeniu zastępu starszo harcerskiego „Małpi Gaj” w moje urodziny (23.08), który za rok ma przekształcić się w drużynę wędrowniczek.
Przez cale wakacje harcerki prowadziły zajęcia w i obok salki katechetycznej (przy parafii) dla dzieci. Był to wspaniały sposób na nabór. Powstał kolejny zastęp w Gniewie „Skowronki” i została mianowana druga przyboczna-trop Ania Grudzińska.
Ja od września do połowy października miałam praktyki( uczyłam historii i WOS-u) w PSP Zelgoszcz oraz w PG w Lubichowie, gdzie zostałam poproszona o zrobienie naboru i ponownego objęcia opieką harcerską młodzieży, która bardzo mnie polubiła ( jednym słowem reaktywacja Lubichowa, po 2 latach). Dziewczyn przybyło ok. 15tu, z czego 10sięć regularnie chodzi na zbiórki zastępu („Zielony Płomień). Następnego dnia po naborze 3 z nich pojechały ze mną i z całą drużyną na kategoryzację drużyn do Wejherowa. Gra nie poszła nam najlepiej, ale w tym przypadku „nie cel był ważny, ale droga do niego.” Bardzo się zintegrowałyśmy przez ten rok i gdy były wyczytywane miana drużyn, z napięciem słuchałyśmy ( bo bardzo liczyłam na miano srebnej koniczynki, choć po cichu myślałam o złotej, ale za rok) i gdy nie zostałyśmy wyczytane to bardzo byłam rozczarowana. Wtedy moja harcerka- Iwonka Świdlińska, z uśmiechem powiedziała :”Kama nie przejmuj się, dostaniemy złotą!” i jak tylko to powiedziała usłyszałam to z ust komendantki Chorągwi!!! Jeju, jaka radość wybuchła, my szalałyśmy z radości!!! Nikt chyba się tak nie cieszył jak my, mimo, że nie byłyśmy jedyną drużyną, która otrzymała to zaszczytne miano. Nigdy nie zapomnę tej chwili!!! Było to moje skryte marzenie, jako drużynowej.
W październiku pojechałyśmy na Zlot Złotych Koniczynek do Murowanej Gośliny, gdzie w grze kategoryzacyjnej zajęłyśmy czwarte miejsce ( udało nam się zaliczyć wszystkie punkty i naprawdę byłam mega dumna z moich babek), a za całokształt ( zwłaszcza optymizm, pomocność i wszędobylskie yycha) drugie. Jeju jaka ja byłam dumna i nadal jestem i zawsze będę. Jeden rok, a tyle zmian…
Udało nam się odbić od dna, aż na samą górę. Jesteśmy po zimowisku całego naszego Hufca w Toruniu i z nadzieją patrzymy w przyszłość. Ja oddaję za pół roku drużynę harcerek mojej przybocznej- Gosi Kaczmarek i zakładam oficjalnie drużynę wędrowniczek, a dh Maria Halmann- Gromadę Zuchową. Gdybym teraz powiedziała Wam, ze ponad rok temu ta drużyna miała nie istnieć, nie uwierzylibyście mi. Drogie druhny, drodzy druhowie nigdy nie poddawajcie się, gdyż wy możecie wszystko!!!
Chciałabym bardzo podziękować wszystkim, którzy zawsze we mnie wierzyli i mi pomagali osiągać marzenia, zwłaszcza wtedy kiedy sama ją traciłam!!! Wy wiecie o kim mówię.
Bardzo Wam dziękuje za pokładaną wiarę we mnie.
Drużynowa
1 Kociewskiej Drużyny Harcerek „Borowianki”
(najukochańszej i najwspanialszej drużyny pod słońcem)
- pwd Kamila Maria Kolaska wędr
|
|
2008-04-17
|
LIST GOŃCZY
POSZUKIWANI/POSZUKIWANE: harcerki z 1KDH-ek ,,Borowianki", harcerze z 23GDH ,,Płomienie", przyjaciele obu drużyn, ludzie spragnieni wrażeń , biszkopty i wszyscy, którzy zgłoszą się do mnie lub Maćka do 27.04.08r (czyt nd) i zostaną wpisani na listę biwakowiczów!!!
Rysopis: zdolni, odważni, kreatywni, obiecujący, odważni, samodzielni, szaleni, z pasją!
Każdy, kto wie o aktualnym miejscu przebywania poszukiwanych proszony jest o niezwłoczne zgłoszenie tego faktu e-mailem: chłopaki-->m.sz_klakier@wp.pl; gg:2957954 dziewczyny--> kamaolo@interia.pl ew.tel :-)
EKIPA ZIELONEGO JEEPA
Prędzej czy później Was znajdziemy!!!
Przydatne Info:
Start o godz 19:00 w Zelgoszczy--> 30.04.08r. Zakończenie o godz 13:00 -->3.04.08r. KOSZT: 20 zł/os + oświadczenie + ,,żelazny" zapasior jedzenia ZABRAĆ: na liście znajdziecie
WYMAGANE WZIĘCIE UDZIAŁU W 2 Z PODANYCH KONKURSÓW: 1) konkurs na miss i mistera z każdej drużyny musi wziąść udział minimum 5 osób. 2) przegląd talentów swoje zdolności można wykazać w pracach plastycznych, w przedstawieniu scenek, śpiewaniu piosenek, przygotowując układ taneczny lub w inny ciekawy i szalony sposób. ;)z każdej drużyny wziąść udział muszą minimum 3 grupy [grupa może być jednoosobowa.]. jedna osoba może zaliczać się do paru grup. 3) Konkurs literacki opisanie najpiękniejszej chwili ze swoją drużyną. 4) konkurs o ks Frelichowskim (info u zastępowej) pytania na temat konkursów proszę kierować do Bachora:grudania@wp.pl) |
|
Komentarzy:
0
|
|
WALENTYNKI!!!
2008-02-14
|
Z okazji św. Walentego wszystkiego najlepszego...pozdrowienia dla 23GDH Płomienie ,z którymi rok temu byłyśmy wtedy na zimowisku:-)
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Majówka:)
2007-12-17
|
...NO NIE ! JESTEM ZJECHANA ,ALE BYŁO NAPRAWDĘ ŚWIETNIE!!! DLACZEGO? >>zjeżdżałam na linach >płynęłam kajakiem po rzece >wpadłam do rzeki i wyglądałam jak po kąpieli błotnej >spotkałam i poznałam zaje ..fajnego kuzyna z ZHP >Babka miała urodziny...
>była świeca prawdy i było git choć wrzuty też były >Ania i Dora dobrze wywiązywały się z kucharzenia i pomogły mi uwierzyć w swoje siły jako drużynowa podobnie Klakier,Kamil,Mateo,Sławek...dzięki! >dostałam buzi od mamy i taty->to nie zdarza się często >na grze nocnej się wyczołgałam za wszystkie czasy >udało sie ognicho z rodzicami i odwiedziły nas nawet M. i J. Duzowskie oraz M.Wojak >Ognicho było bekowe >poznałam tajemnicze bordowe berety
>pozjeżdżałam sobie z zamku dla dzieci(harcerki moje mi stawiały)i miałam dwie bycze dziury w rajstopach ,ale i tak była beka >Sz. Reimus zajął 2 miejsce w biegu >kąpałam się w Kochance >była fajna Agapa i fajna kiecka >spotkałam się z Suchą i Agnieszka >jechałam na stopa >powędrowałam do domu z Klakierem i se z nim pogadałam >babrałam się z nim przy sprzątaniu drewna i wcinaliśmy prezydencie krówki >na stopa do Smętowa ,nawet policja nas podwiozła
>spałam z nim i Babką w łożu małżeńskim dopóki mnie nie wykopali.Został mi jeszcze Maks(pies)...póki nie zwiał >poprawił mi sie humor i mogę wiele ,nawet próbować reanimować drużynę...
 |
|
Komentarzy:
1
|
|
2007-06-22
|
Gdy 30 marca br wychodziłam z domu, doszedł do mnie esemes od Sławka, z którego dowiedziałam się, że jest On już w Lubichowie. Pomyślałam sobie 'w sumie, co mnie to obchodzi? niech pomęczy trochę Kame. zbankrutuję niedługo.' i podałam Mu nr do Niej. Szczęśliwa z tego, że uwolniłam się od udzielania męczących wskazówek, co kto ma dalej robić, wrzuciłam plecak do bagażnika i powiedziałam mamie, że ma się pospieszyć. Gdy w końcu ruszyła swoje spowolnione tempo, dotarłyśmy pod szkołę, gdzie czekała już Marta i... ludzie! i Dasia!!! Potem dotarła Jadzia i jeszcze jedna, pracowita Mrówka - Lora - wraz z swoim tatą. Spojrzałam trochę zaskoczona obrotem sprawy, policzyłam na placach, dodałam... wreszcie doszło do mej świadomości, że są wszytskie! Że jest cały zastęp!!! Zwyczajny, emerytalny szok. Wsiadłysmy do auta i wśród miłej pogawędki, dojechałyśmy do Zelgoszczy, gdzie zatrzymałyśmy się przy sklepie. Z tamtąd też zobaczyłam nadchodzącą Kamę. Zaczęłam Jej machać jak najęta, jednak po chwili przypomniałam sobie, że przeciez Sławek siedzi pod szkołą, więc krzyknęłam do Mrówek, ze lecę. No i pognałam. I faktycznie Sławek czekał, i musiał podziwiać zelgowski margines młodzieńczy... współczuję. Przywitałam się z Nim, a w między czasie dołączyły Mrówki i Kama. Gdy wreszcie tatuś Lory uwiecznił nas i gdy Go pożegnałyśmy, trzeba było wziąśc się za przydźwiganie materacy. Więc ruszyłysmy po okropne, zielone potwory... Co wcale nie okazało się łatwe... A to dlatego, ze co chwilę ginęłysmy, przygniecione ich ciężarem. Jedynie przedstawiciel płci męskiej jakoś sobie radził z tym wyzwaniem. Gdy w końcu uporałysmy się z ciężkimi materacami dołączył do nas Lizus, Kamil, Piotrek i... o kurcze! i Marysia!!! oraz rozćwierkane Świergotki wraz z druhną przyboczną. Po długich i nie mających końca powitaniach wszyscy zostali podzieleni na dwie ekipy i wyruszyli wykonać pasjonujące zadanie w Zelgoszcz - City - Las. Jedną grupą dowodziła Bananowa Gosia, a drugą Sławek.
 W tymże czasie ja, Kamila i Kamil [czyt. Kupa i Kał], później również i Lizus, rozmawialiśmy i przygotowywaliśmy się do zajęć z nauki piosenek. Tu szczególne zdolności okazał Kamil ze swoim wspaniałym, na skalę światową, tenorem... Jednak nasze miłe zawodzenie przerwało przybycie patrolu Słwaka, który nie dotarł pod pomnik Jaszczrukowców. I przyniósł totalnie mało gałązek. Tak jak i drugi patrol, któy mimo iż wykonał zadanie przy pomniku Milewskiego, gałązek też niewiele dostarczył. Więc trochę poddenerwowana stwierdziłam, że idziemy po gałązki. No i psozliśmy. I przynieśliśmy dużą kupę brzozowego chrustu ;P Po tym wyczerpującym spacerze odbyła się kolacją, którą serwował mały Lizus i bananowa Gosia. A w ciągu jej konsumowania zjawiła się Ania i Dora oraz ksiądz Diakon. Ksiądz Diakon, który poprowadził dla nas zajęcia o tym, czym jest wiara oraz o umiejetności posługiwania sie Pismem Świętym. Tu szczególne zdolności wykazali Lizus i Sławek. Także wraz z Nim (księdzem) odnowiliśmy akt Chrztu Świętego. A całość zakończyliśmy kręgiem. Podczas tych zajęć przez nasze okno zajrzała też żywa Wieża Babel, czyli uczniowie księdza, jak nas poinformował, proszący o to by przestawił sowje auto. Bo chcieli grac w kosza. Po 21:00. Dzień zakończyliśmy kominkiem, na którym ujawnił się nasz Małpi Gaj. Wraz ze swoją długą i pasjonującą genezą. Później, gdy już ogłoszono ciszę nocną, wszytskie wredne małpy zasiadły przy stole i zrobiły sobie świeczkę prawdy. Na której każda powiedziała wszytsko bez ogródek. I po której, mimo iż już rozgrzeszone przez siebie nawzajem, wykręciłyśmy pewien wredny numer. Otóż chwyciłyśmy pisaki i wymalowałyśmy wszystkich harcerzy. Łącznie z ich kadrą, którą długo szukałyśmy. A którą wreszcie dorwałyśmy na naszym materacu! Skandal. I gdy tak robiłyśmy wzorki na twarzy Kamila, ten otworzył oczy i jeszcze pamiętając o zajęciach z musztry, krzyknął 'całość baczność'. A nasz Małpi Gaj zamiast wykonać komednę, o mało nie pęknął ze smiechu. Zmęczone tymi wrażeniami,wygnałysmy chłopaków, i ległyśmy na materace.
Chyba tylko po to by już o 7:30 usłyszeć ten obrzydliwy budzik, który krzyczy 'Wyginam śmiało ciało, wyginam...'. Wstałyśmy bardzo zgodnie i pognałysmy do łazienki, a potem przyrządzać śniadanie. Wtedy tez wstały dziewczyny, odbyło się śniadanie. I wreszcie po nim zajęcia z śpiewu. Kiedy to ja, Dora i Ania robiłyśmy urocze koszyczki. I kiedy zadzwonił Maciek z pytaniem ile jest dziewcząt. Co dało nam trochę do myslenia... bo w ogóle nie wierzyłysmy, ze pyta po to aby wiedzieć ile kwiatków zakupić. A jednak. 23 to honorowi goście ;PP Po zajęciach powoli zaczeli przybywać, tak na raty, 23ciaki, a także druhna Maria i ksiądz. I gdy ten prowadził dla nas zajęcia o miłości (!) przybył Jaś z Tadzikiem i z kwiatami. No i mężowie podarowali swoim żonom rózyczki. Ha, urocza sprawa. Potem odbyły się moje i Kamilii zajęcia skłaniające do refleksji nad rekolekcjami, obiad, aż wreszcie gra integracyjna. Bardzo fajna gra.
 Jednak wyrwano mnie z niej i wraz z Kamilem wywieziono samochodem dh Bodzia wprost do Lubichowa. Tam musiałam siedzieć jakiś czas z bagażami, aż wreszcie zjawił się ksiądz Diakon i otworzył mi salkę, do której mogłam te bagaże władowac. Potem przybyli wszyscy i odbyła się Droga Krzyżowa, którą miała w sumie prowadzić drużyna harcerek, a nie kadra harcerek. Jednak wyszło tak bezsensownie, że darłysmy się w trójkę - ja, Kama i Gosia - do mikrofonu, który co chwilkę się psuł, i czytałysmy rozważania skracając je, bo ksiądz nas poganiał. Po Drodze Krzyżowej odbyła się Msza Św. , podczas której czytałam. Wtedy też zniecierpliwione czekaniem na transport bagaży, Dora i Ania najpierw dzwoniły na telefon Kamy, będący w mojej kieszeni, następnie na mój. Telefony tak darły swoje polifoniczne melodyjki, ze aż wikary spojrzął w moim kiedrunku bardzo nieprzyjemnie. Więc się wkurzyłam i wyjęłam je z kieszeni, wyłączyłam, schowałam spowrotem. A stojący obok mnie ministrant o mało nie pękł ze śmiechu. Na koniec Mszy Św. ksiądz probosz pieknie zawył oOoOoOooogłoszenia duszpasterskie i po półgodzinnym monologu, aby nie przedłużac, wreszcie skończył swe wywody. A my ruszylismy do Wdy. Tzn ja i Dasia w pandzie dh Bodzia, a reszta pieszo. Gdy w końcu wszyscy dotarli do szkoły we Wdzie brakowało już tylko Ani i Doroty i naszych bagaży. No i transportu dla nich. Wreszcie ks. Maślak obrócił razem z Maćkiem dwa razy i wszystko wróciło do pierwotnego ładu. Tylko ja musiałam się wstydzić za moją drużynową i Jej brak żyłki organizacyjnej... ahh, szkoda gadać. Następnie odbyła się nauka śpiewu prowadzona przez Tomka, który grał i śpiewał sam z sobą. Jednak Jaś wpadł na piosenkę któą znają wszyscy - 'Sto lat'. Odśpiewaliśmy ją bardzo zgodnie na cześć Rautena i Jego 14 wiosen. Potem już nie chcąc zdzierać strun głosowych rozmawialismy i oczekiwaliśmy na kolację. Bo nasze Macki głośno wrzeszczały. Wreszcie nadzszedł upragniony moment konsumowania, a po nim nastąpił kominek, na który przyjechała dh Maria i dh Bogdan. Jednak coś wadziło w tym wszystkim. Mała, publiczna kłótnia naszych kadr. Więc czym prędzej zakończylismy kominek obrzędowo i zaprosiłysmy kadrę 23 i kadrę Lizusa na świeczkę prawdy. Kolejną świeczkę prawdy... która jednak pozwoliła nam wyjaśnić wszytskie niedociągnięcia. I po której wreszcie mogłam stwierdzić, że naprawdę lubię ich wszystkich ;]. Świeczka, cokolwiek przełużająca się, została wreszcie zakończona w miłej atmosferze, a my wzięlismy się za przygotowania do gry. Która była bardzo twórcza, jednak Zagubiona Dusza, przerwała ją, grożąc, ze mi tego do końca życia nie wybaczy... A czego? Tej zimnej bieganiny po lesie ;P Gdy wszyscy pognali do śpiworów my zajęłyśmy się przygotowywaniem Przyżeczenia dla moich dwóch Mrówek - Jagusi i Lory ;P. Wtedy też wrócił Maciek z Glutkiem i Maksem, którzy dostali chusty. Więc przerwałysmy naszą burze pomysłów i zajęłyśmy się składaniem gratulacji. Jednak czas ponaglił, więc wróciłysmy do własnej roboty. I tak wreszcie Lizus z Sławkiem pobiegli rozpalac ognisko, ja, Gosia i Kama pognałysmy za Nimi, a Kamil z dziewczynami na 'raport karny'. Kiedy wreszcie dotarli do ogniska, z którego dobywał się dym niemiłosiernie gryzący w oczy, nadszedł ten diabelsko ważny moment. Moje dwie ostatnie Mrówy złozyły Przyżeczenie! No po prostu wzruszenie ścisneło me gardło. Do szkoły powróciłysmy, gdy już świtało. A w śpiworach grzałysmy się dosłownie chwilę.
Gdy z nich wyskoczyłysmy uderzyła mnie pewna, nagła prawda - 'przecież dziś to wszystko dobiega końca... no nie. znowu zostaną mi tylko miłe wspomienia.'. Jednak dzielnie przeżyłam ten ranek z świadomością rozstania. Wszyscy poszliśmy na Mszę Św. , na której razem z Pawłem byliśmy lektorami. Jak takie stare dobre małżeństwo xD. Po Mszy odbył się apel, a po nim okrutne chwile pożegnania. Z Lizusem żegnałam się nawet na Jego poziomie... jakoś tak totalnie wysoOoko w górze... a z Glutkiem, pouczając go, ze nie ma sobie robić krzywdy w nogę na tym swoim niebieskim rumaku. W ogóle bekowe pożegnania. W końcu po tych czułościach wsiadłyśmy do autka i dojechałyśmy do naszego Smętowo Gr. - City ^^ |
|
Komentarzy:
4
|
|
2007-06-22
|
W dniach 17-18 marca 2007r. nasza drużyna wzięła udział w biwaku 1 Gdańskiego Hufca Harcerek "Więźba" oraz 1 Gdańskiego Hufca Harcerzy "Widmo". Przygodę rozpoczęliśmy apelem, przejściem do szkoły oraz zakwaterowaniem. Potem zastępami wyruszyliśmy na INO po sopockim parku. Z naszej drużyny mapę do ręki wzięły Mrówki i Zielony Płomień. Później nastąpił obiad, a po nim gra przygotowana przez nasz hufiec dla harcerzy. Następnie odbyła się gra integracyjna "Olimpiada", którą wygrał patrol reprezentujący Bługarię. Dzień zakończyliśmy kominkiem oraz kolacją spożytą w swoich środowiskach. Następnego dnia, tuż po śniadaniu, wyruszyliśmy do Gdańska na Mszę Św. na Czarnej. Po niej odbył się apel kończący biwak. Do domów wróciłyśmy w świetnych humorach.
 |
|
Komentarzy:
1
|
|
2007-04-10
|

09.03.2007r.
W piątek, coś około 19:30 wreszcie dobrnęłysmy do McDonald'u w Gd. Głównym ^^ Tam czekała już na nas zwarta ekipa [czyt.kupa], tzn. dh Kupa, Gosia z mężem Jasiem, Ania z mężem Rautenem i Tomek bez żony. Wspólnie dobrnęliśmy na przystanek autobusowy, gdzie mężowie opuścili swe wybranki i gdzie wsiedliśmy do autobusowego potwora, który dowiózł nas na Morenę. Na Morenie wzięłyśmy udział w Droodze Krzyżowej, która była mega fajna. Po niej nasz piękny, mądry, inteligentny, wykształcony [!], wyjątkowy etc. ZZ wziął udział w zajęciach, które prowadził Tomek. Zajęciach z musztry. Podczas których 'przeleciałyśmy' Caerfour, przebyłyśmy wężykową trasę, zyskałyśmy co raz to kolejne 'minus jeden'. Po tej okropnej męczarni dotarłyśmy pod zamknięte drzwi harcówki Blaszaka, w której miałysmy nocować. Tam też odkupiłysmy wszytskie swoje błędy stojąc jakies pół godziny 'na baczność'. Ahh. Myślałam w pewnym momencie, że się zwyczajnie posikam. Potem skonsumowałysmy pyszną kolację przy olśniewającym świetle księzyca, czy też raczej ulicznych latarni. W między czasie każda z nas otrzymała od ładnego [przepraszam-musiałam] Kamila i od Tomka, to co jest objęte tajemnicą, a co potem podziliłam między 23-ciaków. W końcu dotarł do nas Blaszak wraz z Magdą [naszą hufcową], otowrzyli nam harcówkę, pozbyłysmy się Kamila i Tomka, skorzystałysmy z łazienki, ległysmy do śpiworów. A co najważniejsze pozostawiłysmy na grzejniku magiczne, czerwone majteczki.
10.03.2007r.
Rano, po całej nocy podczas której Dorota prawie wepchnęła mnie do mej własnej gitary [uff... oburzające], ze snu wyrwał mnie beszczelny dźwięk budzika, który darł się mniej więcej tak: 'Wyginam śmiało ciało, wyginam...'. Naciągnęłam szczelnie śpiwór na głowę i w pół śnie poczekałam aż wszytskie wstaną. Potem też się do tego zmusiałam, i dalej do łazienki, do Biedronki obok Mięsnego 'Jaś' i wreszcie łapać za śniadanie. Po tych uroczych czynnościach przybył Tomek, dał nam wiadomośc do rozszyfrowania, z której wynikało iż mamy się udać do Oliwy. Więc pognałysmy na przystanek, gdzie spowodowałysmy wypadek samochodowy. I potem przez cały dzień lekałysmy się widoku Ticka i wyrzutów sumienia. Gdy dobrnęłyśmy do Oliwy nie mogłyśmy odnaleść poszukiwanego, aż wreszcie On przybył do nas. Następnie my wraz z Nim dotarłyśmy znowóż do Gd. Głównego, gdzie się podzililiśmy. Ja i Dorota biegałysmy po Starówce by rozstawić punkty do gry, na którą i tak nikt z 23-ciaków się nie stawił. Ania, Gosia i Tomek zawędrowali do Dziupli. A potem wraz z naszymi biletami spowrotem na Morenę. Więc my z Dorą do KFC, gdzie pochłonęłysmy Pepsi i gdzie znalazła nas reszta Małpiego Gaju. No i Tomek. Z KFC wspólnie polecieliśmy na Plac Solidarności. Tam, tuż przed rozpoczęciem uroczystości, wdepłam w okrutną kupę, której woń towarzyszyła nam w zasadzie przez resztę dnia. Okropne przeżycie. W czasie całego popołudnia, czyli wspomnianych już uroczystości, potem Mszy Św. w kościele Św. Brygidy, a następnie na wieczornicy, wydarzyły się następujące incydenty godne upamiętnienia: - wdepłam w kupę - zostałam publicznie, na oczach 400-tu ludzi okrzyknięta 'Sierotą' z ust 23-ciaków - śmiałam się całą Mszę, gdyż: * głos ks. powodował u mnie co raz to nowsze objawy radości * Dorota robiła sobie zdjęcia, na których wyglądała gorzej anieżeli Koziołek Matołek z miesięcznym zarostem * idąc do Komuni usłyszałam z ust Rautena 'Sierotę', która dotarła równiez do uszu osób będących w najbliższym obrębie * harcerz siedzący przed nami, którego Dora poprosiła o chusteczkę, szukał jej dość długo, wysypując na podłogę co raz to nowsze ilości śmieci z własnych kieszeni * tenże sam harcerz oraz jakiś drugi prowadzili z sobą rozmowę na temat metalu * dowiedziałam się, ze mam zimne ręce, a właściwie to rękę *czułam się niekomfortowo i wyobrażałam sobie jakby to było mieć przyczepioną do glana kochaną druzynową - podziliłam się jednym lizakiem z co najmniej 5 innymi osobnikami - dowiedziałam się z ust Glutka kilka ciekawych faktów z Jego życia: * odcięli Mu... [internet] * depilował nogi woskiem z świeczki * odwiedził fryzjera, gdyż użył szamponu babci - wymieniłam około 10 słów z własnym mężem - bawiłam się samochodzikiem z Maurycym, synem dh przewodniczącego ZHR-u - spotkałam wszystkich znajomych i mniej znajomych - byłam, ot co, szczęśliwa ^^


Później, już po Mszy, wieczornicy i tych wszytskich przezyciach, wróciłyśmy do harcówki wraz z Klakierem, Jasiem i Tomkiem, gdzie odbył się kominek z 'Abrakadabrą'. Ten tez przyspożył mi dużooo humoru. Ale śmiem napomknąc tylko jeden powód. Otóż przyboczny z tej drużyny, już po 5 minutach określony przez mnie i Dorę sztywniakiem, jako jedyny ujawnił swój stan cywilny. Po kominku, nie miałysmy juz ochoty na nic, poza wtargnięciem w sferę snów, więc dawałyśmy co raz to nowsze aluzje do opuszczenia nas, wspaniałej Trójcy. Ta jednak utrzymywałam, że zostaje do rana. No i została. Przez to też na grzejniku nie znalazły się czerwone majteczki.
11.03.2007r.
A rano powędrowaliśmy na Czarną. Gdzie ja i Kamila czytałysmy. I gdzie również całą Mszę miałam ochotę się śmiać, ale juz w zupełności nie powiem dlaczego. Bo pracuję nad sarkazmem. Po Czarnej dzieliłam razem z Dorą lizakami. A potem nasz kochany ZZ wziął udział w zajęciach dotyczących dogmatów maryjnych, po których w mojej głowie zrobił się kolorowy mix. Ale jakoś go opanowałam. Jeszcze później zwyczajnie obijałyśmy się po mieście, aż wreszcie szczęśliwie trafiysmy do pociągu, który [o niebiosa!] zawiózł nas do domu.
|
|
Komentarzy:
2
|
|
2007-04-06
|
10.02.2007r.
A więc jesteśmy! Hura jesteśmy na miejscu, wszyscy w kąplecie, razem, tak przyjacielsko. W końcu nastąpił dzień przez nas tak długo oczekiwany... Co drugi był spakowany już tydzień temu, a co trzeci trwał w mega nerwowym napięciu, oczekując tego dnia, kiedy znowu wszyscy zbierzemy się do kupy. A teraz jestesmy tu razem, w Opaleniu, w jakieś brudnej szkole, a jednak szczęśliwi. I najpierw, gdy już zjechały się wszytkie osobistości - ważna kadra żeńska, trochę mniej, dla nas, ważna kadra męska, dh Maria (komendantka!), kilka zastępów z naszej drużyny (które po dyskusji zmieszałyśmy w dwa, zimowiskowe patrole), kilka zastępów z drużyny chłopaków (które też jakoś zostały podzielone, również na dwa patrole), to podzieliliśmy całe nasze dwa fantastyczne podobozy na cztery patrole mieszane i wysłaliśmy je na zwiad. I poszły. Aczkolwiek z niechęcią wypisaną na czole, ale poszły. I ja się wcale nie dziwię, bo jakby mi ktoś dał takie zadania, to też bym poszła z niechęcią. Jedyne co było fajne, to to, iż przebieg zwiadu mieli zobrazować za pomocą scenki, która zawrze wszytsko. Od A do Z. A że patrole okazały się kijowe, tak więc i scenki wyszły jakoś nijako. Gdy wszyscy ponownie zebrali się do kupy, już po zwiadzie, nastąpił najlepszy moment dnia, mianowicie obiad [!] . I tu coś niewiarygodnego, ale został on przygotowany przez dh Marie i dh Kupe (komendantkę naszego podobozu), bo jakoś się złożyło, że żadna z kuchmistrzyń nie przybyła. Ale do czasu. I obiad był w zasadzie dobry, bo dh wsypała za dużo soli do twarogu i potem maskowałysmy to pół godziny sypiąc wciąż to nowe porcje cukru, ale słonawy smak nie prędko ustapił. I potem Marta przez całe zimowisko narzekała na ból brzucha. Obiad minął nam bardzo spokojnie albowiem wszyscy, jak jeden mąż, zajęli się pałaszowaniem naleśników z przesolonym twarogiem, o czym nie wiedzieli, oraz z marmoladą z Biedronki albo innej, jak nam świetnie wiadomo, bardzo dobrej firmy. Jednak każdy zaspokoił swojego burczącego Maciusia (już ja i Dora wiemy o co biega^^). Po obiedzie była, jak to zazwyczaj bywa w mądry harnomogramie dnia, cisza poobiednia. Ale wątpię by komukolwiek służyła. Dziewczyny miały zajęcia, kadra omawiała wszystkie plnay, gry, zajęcia i inne akcje, a chłopacy... diabli wiedzą, co robili. Gdy owa upragniona i źle wykorzystana sjesta minęła, odbyły się zajęcia integracyjne z harcerzami. I było czadersko! Najpierw trochę sztywno, bo zaczeliśmy od gier poznawczych... Ale dzięki temu nie wołaliśmy do siebie "ej, ty", tylko kulturalnie po imieniu, w niektórych wypadkach ksywą. Z czasem nasze zajęcia wbiegły na inny tor, i każdy bawił się na całego. Najlepiej wyszedł nam poród. Myślę, że każdemu spodobały się narodziny po raz drugi. Całkiem jakbyśmy dostali nowe, zimowiskowe życie. Ale wiadomo, co najlepsze, prędko się kończy. Więc naszą 3 godzinną frajdę zakończyliśmy, mając wrażenie, że upłynęło ledwie kilka wesołych chwil. Po zajęciach wcięliśmy kolację, tym razem już bez słono-słodkiego twarożku i owocowej marmolady. Bo były kanapki. Ale z równie wielkim apetytem pochłonięte. I potem, już po pysznej kolacji, usiedliśmy razem w kręgu i wsłuchaliśmy się w słowa gawędy oraz w słowa, tak swietnie znanych nam piosenek. Aż do teraz brzmi mi w uszach oczekiwane każdego dnia "Dość włóczęgi na dzisiaj...". Po kominku, jak wnioskuję, chłopacy udali się na spotkanie Agentów, my zaś odbijałyśmy nasze kolorowe stopy na planszach papieru. Potem pożegnaliśmy dzień i dwa patrole udały się na upragniony [?] spoczynek. Ale kadra nieee. Najpierw dokończyłysmy robotę na jutro, jakieś takie tam przygotowania, by później móc w spokoju duszy żażyć orzeźwiajcej kąpieli, w miniaturowych umywalkach. Ja swoją łazienkową przygodę odbyłam wraz z Gosią (dh oboźna) i było bossko. Nie wiedziałyśmy jak mamy TO zrobić, ale po długich i uporczywych kombinacjach w końcu się nam udało. Szczęśliwe z biegu zdarzeń zrobiłysmy sobie sesję zdjęciowąo-kiblową w majtkach na głowie. Te ekstremalne przeżycia ożywiły nas do tego stopnia, że czekałyśmy pod drzwiami dziewczyn, oczekując odgłosu rozmów, jednak ku naszemu niezadowoleniu niczego nie mogłysmy wyhaczyć. Więc poszłysmy do naszych śpiworków. A tam wycinałyśmy stopy. I wtedy przyczłapali wpierw Kamil i Lizus, którzy w jakimś momenciu biegu zdarzeń przybyli z wizytą i teraz przszli do jadalni, która służyła nam za kadrówkę, a potem Maciek (komendant podobozu harcerzy) wraz z swoim zz. I w końcu postanowiłyśmy, że idziemy jeszcze raz sprawdzić jak tam dziewczyny się sprawują. I... hura - one hałasowały! Więc wtargnęłysmy do sali w całej swej okazałości i dałyśmy im 8 minut na spakowanie wszytskich rzeczy, ubranie się i ustawienie. Potem obleciałysmy wspólnie szkołę do okoła i kazałysmy grzecznie spać. Całą tę akcję umilał Kamil biegający z dużym megafonem, do którego wrzucał co raz to nowsze, wesołe grypsy. Po takim miłym, nocnym alrmie nastąpiła jeszcze milsza cisza. Więc skorzystałysmy z niej i jak zabite rzuciłyśmy się na materace.
11.02.2007r.
Już o godz. 7:30, jak nie prędzej coś okrutnie natarczywego przerwało mój sen! Z wielką niechęcią podniosłam ociężałe powieki i ujrzałam pochylającą się nade mną Gosię. I od razu wszytsko było jasne. Miałyśmy odbyć kolejną, wodną przygodę w za małych umywalkach. Więc wygramoliłam się z śpiworu, wzięłam co trzeba, wdziałam buty i pognałam do łazienki. Myłyśmy się długooo... oj długo. Ale nawet zimna woda nie była w stanie nas orzeźwić. Dlatego też, gdy wróciłyśmy do jadalnio-kadrówki spowrotem wtargnęłam do mego królestwa. Tuż przy grzejniku. Co, jak się później okaże, poza zaletami ma również i wady. Gosia jednak zebrała nikłe chęci i zagwizdała bardzo głośno, rezultatem czego było wybudzenie z sennych marzeń naszych dwóch, lubiących nocne alarmy, patroli. Dziewczyny pognały do łazienki, zastęp kuchenny do kuchni, a ja w głąb śpiworka. Ale nie na długo, bo jakieś pół godziny później odbyło się wspaniałe i wręcz powitane owacjami na stojąco przybycie kanapek na stół. A potem to już tylko pałaszowanie. Po śniadaniu wszyscy zawędrowaliśmy do kościoła. Na mszę. I w kościele też się działo. Albowiem tuż przed Mszą zachciało mi się załatwić potrzebę, ale kochana dh drużynowa stwierdziła, że dam radę. Uwierzyłam Jej na słowo. Jednak gdy już Glutek, który czytał drugie czytanie, i gdy juz nawet Maciek przeczytał modlitwę, mój pęcherz bardzo niebezpiecznie dawał o sobie znać. Więc pełna wyrzutu, wyciągnęłam oskarżycielsko palec wskazujący w stronę Kamili i poinformowałam Ją, że będzie mi zszywać pęcherz. Reakcja była trochę inna, anieżeli się spodziewałam. Winowajczyni zamiast prosić o wybaczenie, wybuchła swoim jakże pięknym smiechem. A Glutek i Maciek poszli w Jej ślady. Tylko mi jakoś w ogóle nie chciało się zawtórować. Gdy wróciliśmy z kościoła, o ile dobrze pamiętam odbyły się jakieś zajęcia, potem, o niebiosa to już (!) obiad, a po nim cisza. I znowu źle ją wykorzystałyśmy. Bo wraz z mniej ważną dla nas kadrą męską omawiałyśmy popołudniowe gry fabularne. I my naprawdę miałyśmy przygotowaną świetną grę, którą właściwie zawdzięczamy Gosi, ale jak się okazało, również mniej inteligentna kadra męska, nie potrafiła pojąć sensu i przebiegu gry. W końcu, po zbyt długich obradach ustaliliśmy kilka gier, takich jak bezcelowa pogoń za rękawiczką, albo gwizdkiem. Cały zestaw tych (...) zabaw ostudził nasz entuzjazm do minimum. Wróciłyśmy do szkoły zziębnięte, mokre i złe. I ja się wcale nie użalam. Po prostu stwierdzam fakty. Jednak w szkole czekała na nas herbata, o której słyszałyśmy przez całą drogę, ale której nie było. Poza herbatą-niewidką były jeszcze wędrowniczki z 87 GDW "Zielone Szczyty" oraz... tak właśnie... jedna z naszych kochanych kuchmistrzyń - Dorota!. Wraz z swoim Maciusiem... Wszyscy dostali upragnioną chwilę odpoczynku, a zaraz po niej były zajęcia, m.in. z nauki wyrobu papieru czerpanego prowadzone przez dh Marie. I wyszły nam naprawdę fajne "kartki" z róznymi motywami. Po zajęciach była kolacja, podczas której miałam okazję usłyszec zadowolone pomrukiwanie Maciusia Doroty. Po kolacji kominek prowadzony przez wędrowniczki. Bardzo fajny, kurcze. A potem to już tylko przygotowanie do ciszy nocnej, w którym to czasie ja, Dora i Ewelina brałysmy udział w zajęciach prowadzonych specjalnie dla nas. O pierwszej pomocy. Te z kolei nie były wcale ciekawe. I po tych wszytskich atrakcjach nastąpił upragniony moment - cisza nocna. Ale znowóż dla nie licznych. Gdy dziewczyny już chrapały w swoich śpiworach my wraz z chłopakami rozpoczęłyśmy przygotowania do gry nocnej. Ahh. Jakaż to była gra. Pierwszy raz w życiu miałam okazję poczuć się brzydkim Fredi Krugerem. Siedziałam sobie w śmierdzącej toalecie męskiej i spoglądałam na oświetlone pisuary, zawodząc przy tym cały czas. O jakieś pilniczki mi chodziło. I o tabletki. A gdy mi je w końcu dostarczono, to jako obrzydliwy Fredi zaczęłam się targować. Bo niby czosnek za jakąś tam tabletkę?! No bez jaj. Jednak nie byłam aż tak zła, bo jak się dowiedziałam przed grą musieli mieć te bajeranckie gadżety. Dlatego też po 5 minutowej wymianie potoku słów, łaskawie dawałam to o co prosili. Ogółem gra była nie wiem o czym, ale mi się podobało to jak błagali o ten zakichany czosnek. Który później i tak zjadłam. W minimalnej ilości, ale Dora pół godziny przede mną uciakała, rzekomo tak nim pachniałam. A potem wzbraniała się i mówiła, ze nie śpi obok mnie. Bzdura. Gdy cała akcja dobiegła końca nie miałam już sił na nic. Poszłam do łazienki likwidowac uporczywą woń czosnku, a gdy mi się w jakimś, wystarczającym stopniu udało, ległam na swój materac. I już po chwili bardzo zgodnie, na zmianę z Dorą, dawałyśmy koncert chrapaczy.

[Maciek, Babka, Kamila podczas gier terenowych]

[Tomek, Babka, Jaś, Kamila tuż przed grą nocną]
12.02.2007r.
I znowóż mój piękny sen przerwało to okropne, brzmiące wręcz jak obelga - "pobudka". Więc wywlokłam się, odbyłam tysiące porannych czynności (tym razem wodne przezycia dzieliłam z Dorotą), i grzecznie czekałam na śniadanie. Bo mój Maciuś dawał o sobie znac i to całkiem głośno. Przy śniadaniu tak się zamyśliłam, że wylałam na podłogę cały kubek mleka, rezultatem czego było okrzyknięcie mnie zaszczytnym tytułem sieroty. A tuż po śniadaniu wszczęłam kłótnię z dh drużynową, ale moja argumentacja, którą poparła Dora, nie przyniosła oczekiwanych owoców. Więc zrezygnowane zgodziłysmy się na wszystko. Mianowicie na wzięcie udziału w grze, którą przygotowały dla nas wędrowniczki. A gra była historyczna. I nawet ciekawa, nie powiem, ale było tak zimno, że najchętniej zamknęła bym się w jakimś ustronnym, ciepłym miejscu. Nawet w kibelku, z braku lepszych warunków. Ale tymczasowo taka opcja nie wchodziła w rachubę. Więc ja, Dora i nasze Maciusie przyłączyłyśmy się do jakiegoś patrolu, razem zbudowaliśmy maszynę czasu a potem włóczyliśmy się od punktu do punktu. Najbardziej podobał nam się punkt Bi-Pi, bo był przy torach i akurat przejeżdżała ciuchcia. Zawsze to jakaś atrakcja. W międzyczasie przyłączyła się do nas Ania, którą przywiózł tatuś. Więc odłączyłysmy się od zastępu, pognałysmy do szkoły i... nagle wpadłam na genialny pomysł! Stwierdziłam, ze skoro tatuś już tu jest, to mógłby zabrać ze szpitala chłopaków Karolka, ktrego grypa przykuła do spiwora. Pognałam więc do Maćka, potem wspólnie do Karola, gdzie próbowaliśmy zadzwonić do jego mamy. I tu kiszka. Nie udąło się, więc Karol został w śpiworze, który otaczała, jak to stwierdził szanowny Maciek, świetna atmosfera. Nie miałam czasu zastanawiać się nad atmosferą, bo musiałysmy poszukać swój patrol i wrócić do gry. Bieganie po punktach, przenoszenie się maszyną czasu i cała ta akcja zajęły nam całe przedpołudnie. Gdy szczęśliwe z zakończenia miałysmy chwilę odpoczynku, zapachniało obiadem. Wcięłysmy z apetytem. Po obiedzie znowóż nastąpiła cisz i tym razem wykorzystałam ją prawie w pełni. Najpierw o ile dobrze pamiętam byłam w sklepie, gdzie straciłam jakieś pół godziny czasu. Ale zyskałam rajstopy, ha. Gdy wróciłam Ania z Dorotą zaliczały kurs hopr-u, od którego udało mi się wymigać. Po jakiego czorta mi on? Wiedzę mam w głowie, a nie na papierku. Nie chcąc przeszkadzać, wpełzłam do mego spiwora i na krótką, błogą chwilę zapomniałam o bożym świecie. Potem wędrowniczki zaczęły przygotowywać się do opuszczenia naszej twierdzy, a my do odwiedzin w leśniczówce. Przez całą drogę towarzyszył nam śpiew, a raczej przekrzykiwanie, które mimo całkiem głupiego brzmienia, świetnie rozgrzewało. Gdy dotarlismy do lesniczówki moje gardło już całkiem porządnie dawało o sobie znać. Pan lesniczy, bardzo fajny człek, który poinformował nas, ze niestety ma żonę, co przyjęłysmy zgodnym jękiem wyrażającym nasz żal, odbył z nami wędrówkę. Po drodze opowiadał nam różne istotne fakty z życia zwierząt, roślin i całego lasu. Potem zaprosił nas do salki ekologicznej, w której był kominek z przyjaznymi, pomarańczowo-czerwonymi płomieniami. Tam też zastał nas jego znajomy, który również podzielił się z nami swoją wiedzą. I tu wyodrębniliśmy kolejną ofiarę do męskiego szpiatala - Filipa. Cała wizyta wywarła na nas pozytywne emocje i leśniczówkę opuścilismy z szczerym żalem. Ale nasze smutne miny rozweseliła kolacja, która czekała w stołówce. Spałaszowaliśm ją chyba z tak samo wielkim apetytem, jak wszytskie inne posiłki. Po kolacji odbył się kominek. Po nim... tak właśnie! Cisza nocna. I tak minął nam najnudniejszy dzień na zimowisku.

[W leśniczówce]
13.02.2007r.
Nie nawidzę poranków. Ale dam sobie nie jedną kończynę odciąć za twierdzenie, ze inni też nie lubią. No choćby Dorota. Ostatnio obie dałyśmy sobie wystarczające dowody. Spało nam się tak dobrze, że śnadanie pochłonęłyśmy o 12:10. A w zimowiskowy wtorek zrobiłysmy to już o 9:00, o ile ma pamięć nie zawodzi. Ten poranek był szczególnie ferelny. Kazałam się obudzić juz o 6:30, bo miałyśmy przezywac wodne harce. No i mnie obudzono. A raczej wyrwano z snu, więc w totalnym zapomieniu podniosłam gwałtownie swą mądrą i zaspaną głowę i huknęłam z całej siły w mój kochany grzejnik. To mnie rozbudziło. Pognałam do łazienki, muszę prznać - całkiem dobrze się ubawiałam - ale gdy wróciłam pod swój grzejnik, do którego czułam lekką urazę, łazienkowa frajda straciła na wartości. Dokończyłam swoje piekne sny, które były naprawdę wyjątkowo sensowne i jakby się im bliżej przyjżeć, to mogłyby się nawet nadać na materiał do jakiejś fajnej książki. Szybko aby nic nie umknęło mojej pamięci pdozieliłam się nimi z Kamilą, a potem grzecznie czekałam na śniadanie. Po śniadaniu przygotwalismy sie do wyjścia. Naszym celem był dom kultury, w którym spotkalismy się z dziećmi i młodizeżą z Opalenia. Fajnie było. Bawilismy się w tysiące różnych pląsów, śpiewaliśmy piosenk i wreszcie pałaszowaliśmy jakieś cukierki. Naprawdę niezła sprawa. Zbierając te miłe chwile do kupy minęło nam całe przedpołudnie i w szkole zjawiliśmy sie na obiad. Kapuśniaczek był. Bardzo pożywne danie, pozwalające zaspokoić nawet najbardziej rozwreszczone Maćki. A po obiedzie była wreszcie błoga, długa przerwa. Dziewczyny udały się na grę, brały udział w zajęciach, w tym też moich, które tak właściwie poprowadziły sobie same. Z masy solnej. A po sól udaliśmy się w czwórkę nie wiedzieć czemu, ale przypuszczam, że to dlatego, iż jedna osoba nie zdołałaby uradzić dwóch kilogramów soli kujawskiej... Drogę powrotną umilił nam Glutek śpiewający treści zawarte z tyłu opakowania jakoby byłyby najpiękniejszym psalmem. Chyba powoli wczuwał się w role księdza. I jakoś uleciało nam kolejne, niezapomniane popołudnie. I znów nadszedł wspaniały moment rozpalania kominka. I ten kominek był nadzwyczaj wyjątkowy. I takich "I" mogłabym tu jeszcze sporo wcisnąc. Ale sobie odpuszczę tę dziwną satysfakcję. Otóz na kominku wyłoniło się troje odwaznych mężczyzn, którzy oświadczyli się trojgu pięknym kobietom. Ja padłam ofiarą jako pierwsza. Przybył do mnie bardzo powazny i w całej swej okazałości nie jaki szanowny generła, klęknął na jedno kolano i spytał czy za niego wyjdę. A ja się nie zgodziłam. Aczkolwiek jak się później okazało o tym była poinformowana tylko moja osoba, gdyz inni początek zdania, które chciałam wypowiedzieć w ramach zgładzenia tej sytuacji, zaczynającego się od słów "Powiem tak..." przyjęli jako moją zgodę. Kurcze, cóż za niefart. A czemu nie chciałam się zgodzić? Bo się z Rybą założyłam. Ale w końcu z całego zakładu wyszła kiszka, żeby nie powiedziec parówka. Kolejnymi śmiałkami byli Rauten, który chciał pojąć za żonę Anię G, oraz roześmiany Tadzik, któremu wpadła między długie rzęsy jeszcze bardziej roześmiana Dorota. Tym poszło łatwiej, gdyż wybranki jakkolwiek rzecz biorąc w żadne zakłady się nie wdały. Ogólem kominek minął bardzo ciekawie. Po nim nastąpił ten szereg czynności zwiastujący sen,a jeszcze później ja i Gosia udałysmy się do kadry męskiej, jak już wcześniej wspomniałam mniej dla nas ważnej, i wspólnie rozpoczęliśmy obrady na temat biegu. Całkiem nudne, aczkolwiek płynące w dość miłej atmosferze. Gdy powróciłysmy, zastałysmy chrapiące na przemian kuchmistrzynie oraz pusty spiwór Kamili, która pognała na raport karny z dziewczynami i Tomkiem. Wtargnęłam do łazienki, co sprawiło mi wiele przyjemności. A to dlatego, ze przez cały czas pobytu w niej myślałam o czekającym grzejniku, na którego już nie FOCHAŁAM. I gdy wreszcie znalazłam się w swoim świecie, to tysiące rzeczy nie pozwalało mi zasnąć. Najpierw dręczyła mnie muzyka dobywająca się z mp3 Doroty i Jej chrapanie. Potem głosy wicznie nienażartego Maciusia. Więc wbiłam w uszy własne rytmy, ale ściszone do tego stopnia by nie zakłócac snu innym, nie pozwalały uniknąć nutek wypełzających z obrębu sfery Doroty. Więc zła już na te komplikacje, wączyłam wszytko na maksa, nie zważając zupełnie, na to, ze nie jestem sama i wreszcie usnęłam. Ale nie na długo, bo obudziła mnie Kamila wracająca z raportu. Jednak jakoś to przezyłam. I popadłam w swoje senne wariacje, w których nie mam problemów typu burczące Maciusie i koncert chrapaczek.

[Na zajęciach w Domu Kultury]
14.02.2007r.
Przed ostatni poranek na zimowisku minął bardzo przyjemnie. Wstałam pełna radości, bo już za kilka dni miałam powędrować gdzieś w daleki las i spędzić samotnie kilka godzin. A wiadomo, że nie ma nic lepszego niż chwila wytchnienia od ludzi po cztero-dniowym, nieustannym obcowaniu z nimi. Tak więc gdy tuz po śniadaniu ruszyłam lesną ścieżką w jakiś ustronny zakątek, czułam przedsmak szczęścia. Jednak po dość długiej wędrówce jak się okazało wyszłam nie tam gdzie winna wyjśc byłam. Mianowicie na punkcie Tomka, który w chwilę później też się tam zjawił. I pokierował mnie na mój własny punkt. A gdy się na nim znalazłam, to po 15 minutach musiałam zasuwać dalej. Więc ruszyłam leśną ścieżką. Aż do jakiejś ulicy, przy której stał dom, a w okół niego biegały rozszczekane psy, które chyba poczuły do mnie dziwny, osobliwy sentyment. I jeszcze daleko za wioską, przez którą wiodła dorga, słyszałam ich ujadanie. Potem szłam sobie jakąś taką asfaltową ulicą, bardzo krętą, ciągle w dół. Wszystko w zasięgu wzroku było spowite szarawą i wilgotną mgłą. To tylko umilało moją wędrówkę. Która cokolwiek rzecz biorąc trochę się przedłużała. Aż po pewnym czasie pomyślałam, że zabłądziłam. I wtedy poczułam się mega szczęśliwa. I wolna. Od tego wszytskiego, co przytłacza zwykłą duszę czternastolatki na codzień. Ot, co. Jednak, ku memu małemu niezadowoleniu, doszłam do kolejnenj miejscowości, spowrotem do Opalenia, gdzie przyuważyłam przedzierająca się przez zarośnięte tory, Gosię. Więc zawołałam by poczekała i pognałam w Jej kierunku. Wspólnie oblukałysmy mapę i kazda dalej poczłapała na swój punkt. U mnie, tuż pod drzewem już czekał patrol. Który nawet nie umiał się zameldować, ani zadzwonić po pogotowie. A gdy poszedł, ja sprawdziłam własne umiejętności w obsłudze telefonem i zadzwoniłam do Dory żeby przyszła z swoim patrolem. No i przyszła. I gdy Krzychu-Rychu-Pychu mi meldował, to Dora robiła tak piękne miny, że w końcu nie wytrzymałam i wybuchnęłam szczerym śmiechem. Za co otrzymałam pouczenie od patrolowego. Po odwaleniu nudnej roboty, wspólnie ruszyliśmy do szkoły, po drodzę zgarniając czekającą na torach Gosię. W szkole niedługo czekaliśmy na obiad, a po nim zaś każdy relaksował się we własnym zakresie. Nasza skromna drużyna omówiła sobie to co osiągnęła i to w czym nawaliła podczas zimowiska, ułożyła twórcza piosenkę dla chłopaków i przygotowała się do slubów. W międzyczasie odbyła się również kolacja, którą zostawić bez rozgłosu, byłoby haniebnym występkiem. Całość wyglądała tak, ze wspaniali mężczyźni zaprosili nas do stołówki, która w jednej chwili zamieniła się w droga restaurację. NIe na nasze kieszenie, ani nawet nie na naszą wyobraźnię... Zeby zwykła kanapka z serem nagle kosztowała jednego całusa?! Oh. I podczas tej pięknej, romantycznej, niezapomnianej etc. kolacji ja z Rybą wszczęłyśmy nasz piekielny plan. Otóz obie poprosiłysmy Pawła o rękę. I, o wielka radości, przyjął nasze oświadczyny. Aleśmy się cieszyły. Tuż po kolacji odbyły się śluby. Bardzo uroczyste. Pod przeodnictwem ks. Glutka. Który swym brzmiącym głosem odśpiewał wielką kupę psalmów. I kazał złożyć każdej parze szczęśliwych nowożeńców przysięgę małżeńską. Tylko jakoś udzielając ślubu naszemu trójkącikowi, pominął ten ważny element. Także ani mój mąż, ani moja żona, ani ja nie mamy wobec siebie żadnych obowiązków. Gdy kościelne uroczystości dobiegły końca, rozpoczął się najpiękniejszy moment w czasie całego zimowiska. Wielkaaaa wyżerka. Bardzo wielkaaa. Tak wielka, że Tadzik, którego ciągle głodna żona kazała podawać sobie co raz to większe porcje żywności, sam nie zdążył zaspokoić swego Maciusia. Tę przyjemną, aczkolwiek źle wpływającą na nasze zdrowie (bzdura przecież) ucztę, umilał Maciek grając i śpiewając melodyjne piosenki. I tak więc w czasie trwania naszej niepowtarzalnej, zimowiskowej, wyjątkowej, niezapomnianej, walentynkowej, jedynej w swoim rodzaju agapy wydarzyły się nastepujące incydenty: - Więcej ważna drużyna dziewcząt usłyszała bardzo piękną i wzruszająca piosenkę, która jak wnioskuję nosiła tytuł "Swiat pełen strasznych bab" - Mniej ważna (dla nas) drużyna chłopaków usłyszała odę do 23, bo inaczej tego okreslić nie można, w której przy słowach "A Tadzik, to ma długie rzęsy i wcale się przy tym nie męczy" z ledwością powstrzymałyśmy atak wesołości - Marcin zgubił Kozę - Razem z ludźmi z mafii bardzo precyzyjnie oceniłysmy ciasta chłopaków - Krzysiek słysząc trudne i w sumie to retoryczne pytanie "Gdzie masz moje kluczyki od czołgu?" skierowane do Niego przez Glutka, odpowiedział bardzo zaskoczony "No co ty!" - Nie zdążyłam zamienić ani słowa z moim mężem i moją żoną - Usłyszałam propozycję równiez złozoną przez Glutka, kiedy to oddawałam się w objęcia Morfeusza, "Przynieść ci mleko?" I wiele, wiele innych, tego typu, dziwnych zdarzeń. Ogółem wszytskie te nieprzewidzane propozycje i zachowania skończyły sie o ile mam dobre poczucie czasu około 4 nad ranem. O tej tez godzinie, to w sumie powinniśmy odśpiewać "Czarnego blues'a o czwartej nad ranem", ale chyba nikt nie pamiętał o tym obowiązku. Bo wszyscy znaleźli sie w swiecie sennych, i jakże ślicznych, marzeń.

[Cennik]

[Agapa - Krzysiek, Glutek, Babka, Ania]
|
|
Komentarzy:
2
|
|
Sylwester
2007-04-06
|
Na naszą sylwestrową, harcerską imprezę przybyli prawie wszyscy zaproszeni goście. Był nasz cały Małpi Gaj (oprócz Eweliny), Maciek i Tomek z 23 GDH, Kamil i Lizus z 28 GDW,a także Ola, Julia i Marysia. Więc jak widać - była to bardzo bekowa ekipa ^^ Wspólnie bawiliśmy się przy wspaniałej piosence jaką są "Moherowe berety", wcinaliśmy chipsy z Biedry i żartowaliśmy na wszelkie sposoby z wszytskich i wszytskiego. O północy przywitaliśmy Nowy Rok mlekiem i sztucznymi ogniamim,a także zgodnym krzykiem "Tak się bawi, tak się bawi ZHR!". Rano, gdy wpałaszowaliśmy śniadanie (chleb z misji Ani i słatkę z misji Gosi, i inne smakołyki), udało nam się nabyć baterie i zrobić nieliczne fotografie. Potem sprzątneliśmy cały bałagan, pożegnaliśmy się i każdy pojechał w swoją stronę. |
|
Komentarzy:
0
|
|
Wigilia w Gniewie
2007-04-06
|

Mrówki (Babka, Marta, Lora, Zuzia, Dasia, Jagoda)

Świergotki (Jagoda, Pela, Jagoda, Ryba, Ania, Wiola)

Zielony Płomień (Monika, Ewelina, Jagna, Jagoda, Koza, Karolina, Ewelina)

Źródło (Marcelina, Dorota, Iza)
Na Wigilii pojawili się także przyjaciele naszej drużyny, Druhna Maria i Druh Bogdan, niespodzianka - Kamil i Seba, pan kierowca, a także mama Karoliny :) Te kilka wspólnie spędzonych godzin pozwoliły nam pobyć w miłym towarzystwie, wysłuchać ciekawej gawędy, złożyć sobie świąteczne życzenia oraz zjeść poczęstunek.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Zbiórka ZZ-tów w Gdańsku
2007-03-22
|
Zbiórka ZZ-tów Małpi Gaj i Wilki O1 - O2.12.2006r.

Wspólny kominek - Gosia i Krzysiek

Zajęcia odnośnie miłości - Babka, Dorota, gitara Maćka ;)

Małpi Gaj i zuchy z Moreny
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Biwak andrzejkowy =)
2006-11-29
|
Dnia 24.11 gdzies około godz. 18:00 nasza kochana drużyna zebrała się do kupy i wzięła za rozpakowywanie manatków i budowanie domu mającego nam służyć przez najbliższe 2 doby. Tak więc Ania i Dorota wtargnęły do kuchni, Gosia rozporządziła szeregowymi, a dh Maria i dh Kupa wzięły się do pracy i od razu zajęły kominkiem, biegiem, zajęciami i cała resztą. Gdy już jakoś się ustatkowalismy i można było stwierdzić, że da się przetelepać 2 noce, ja (czyli Babka) oraz Anka Grudzińska (z zastepu Świergotki --> Gniew) poprowadziłysmy musztrę :PP. I fajnie było..., bo jak Gosia przyszła sprawdzić wyniki naszych tłumaczeń, prezentacji i nalegan, to otrzymałysmy pochwałę. A potem były zajęcia z integracji, która powoli wchodzi nam w krew. Tylko, że nie zdążyłyśmy jeszcze dobrze poznac własnych imion, a już nasza luba kuchnia ponagliła na kolację. Zaś po kolacji odbył sie kominek, na którym zastępowe wypowiedziały się co do pracy zastępu od początku wrzesnia. W jakiejś połowie przyjechała dh komendantka Agnieszka Osowsska z swoim mężem w odwiedziny. Opowiedziała nam co nie co o Okręgu, Hufcach itd. Dla przypomnienia. Po kominku część osobników udała się na taką ważną naradę, że sie tak wyrażę, a druhenki położyły się do swoich śpiworów aby dobrze wypocząć przed jutrzejszym, bardzo pracowitym dniem.

Rano jak wstałysmy to oczywiście było śniadanko, potem na rozgrzewkę gra "Bingo", po niej apel i ziwad. Uczestniczyły w nim 3 patrole i każdy z nich na kominku zaprezentował efekty swoich kontaktów z mieszkancami Zelgoszczy. Gdy wrócilismy z zwiadu to odbyły się zajęcia z różnych technik harcerskich, póżniej obiad i gra terenowa - bieg. W czasie jego trwania ja i Dorota przygotowywałysmy się do zajęć z tańca. Wtedy też przyjechali Jasiu i Klakier zaproszeni na imprezę, która miała odbyć się wieczorem. Dostali zupki pomidorowej i nakaz zajęcia się sobą nawzajem. Gdy punktowi i patrole wrócili z biegu odbyły się zajęcia z tanca prowadzone prez Dorotę, Izę i mnie =). I muszę przyznać, że po jakiejś godzinie zaczęli łapac o co chodzi w walcu wiedeńskim ;PP Ale to naprawdę dobrze. Póżniej była kolacja, kominek, na którym patrole przedstawiły owoce zmagań w czasie zwiadu oraz każdy mógł dodac coś od siebie na temat tego co daje nam Prawo Harcerskie. Zaś po kominku odbyła się upragniona przez wszystkich andrzejkowa zabawa. Jednak nie była to huczna balanga do rana, bo jak wszytskim świetnie wiadomo wypadała nam żałoba narodowa za ofiary tragedii w Halembie [*] a naszym celem jest uczenie się godzić z przeciwnościami. Dlatego tez zrezygnowaliśmy z super imprezy i po prostu skromnie zatanczyliśmy kilka piosenek i wzięlismy udział w wróżbach, które przygotowała dh Maria. Całość trwała na tyle długo, ze położylismy się o 00:00 z hakiem xD Jednak nie wszyscy wtarzali się do śpiworków. Część zajęła się przygotowaniem super fajnenj odlotowej itd itp gry nocnej, która wypaliła jak zadna inna. Bo wiadomo, ze gdy zbierze się rózne pomysły do kupy to naprawdę coś nieziemskiego moze wyjść. Tak więc najpierw był napad drechów (czyli Klakera, Kamila i Sławka), któzy obrabowali dziewczyny z ciuchów. Potem urządozno alarm i cała szkoła ruszyła w pościg az wreszcie po jakims czasie wyjasniono, ze zrobiliśmy wszystkcih w balona :). No a po tej małej grze wstępnej odbyła się większa bk'a. Na punktach były najrózniejsze zadania... zbudować piramidę z ludzi (mój i Sławka punkt), na która ja wejdę. Sporo śmiechu było. Zainscenizowac jak zapala się zapałkę i opisac jej uczucia, przenieśc spiących ludzi, rozsmieszyć poduszkę. Tak więc widzicie, ze było wesoło. Po grze wszyscy byli totalnie wyczerpani, więc zagwizdano bardzo pieknie zaowiadając cisze nocną. No i wszyscy poszli spać. A rano spakowali manatki, wylali łzy wśród pożegnań i każdy poszedł w swoja droge... i szkoda bo takie wspóne, wesołe wypady konczy się z trudem...
Monika Kolaska
Jesli chcecie przeczytać biwakowe grypsy i obejrzeć czasem jakies zdjęcia z zycia naszej drużyny to zapraszam na mojego photobloga : <link>www.babka554.photoblog.pl</link> Teksty z biwkau znajdziecie pod notka z dnia 27.11.06r.
Pozdrawiam
|
|
Komentarzy:
4
|
|
2006-11-28
|
Parada niepodległości
11.11.2006r.
Gdańsk

Literka "Z" Literka "H" Literka "R" jak ZHR! Bo ZHR to potęga, bo ZHR dziś mistrzem jest! |
|
Komentarzy:
1
|
|
24 URODZINY 95GDH ,, CZARNII,, IM JÓZEFA GRZESIAKA w LEŹNIE (6-8.10.06)
2006-11-18
|
Piątek 06.10.2006r.
O 18:00, już nigdy w naszym życiu niezapomnianego piątku, wraz z Panem Waldemarem Wspaniałym na czele, pojechałyśmy naszą "pomarańczą" na biwak do Leźna. Wybrałyśmy się tam aby uczcić naszych przyjaciół - czarnych harcerzy - zwanych przez nas równiez pieszczotliwie Murzynami =) Na miejscu czekała już na nas kochana druhna przyboczna wraz z gniewską ekipą oraz dziewczyny prosto z Wiśliny. Ze Smętowa przybyły Mrówki ze swoją niezawodną Babką, z Lubichowa swą sieć rozwinęły Pajęczynki pod wodzą Klaudii, a z Zelgoszczy zjawiła się "zielona" Karolina i Jej wujek Kamil. Tak więc ekipa była bardzo liczna, zgrana i gotowa do wszelkich trudów, których się spodziewano! Nalezy także wspomieć o pozostałych duszyczkach, które się tam zgromadziły. Byli więc także harcerze z 5 LDH "Kociewiak", solenizanci (95 GDH "Czarni"), dh Kaleson wraz z swoją elektryczną dziewczyną oraz harcerze z Pruszcza Gdańskiego. Łącznie było około 60 osób w pełni oddanych groźnemu oboźnemu oraz dh Janciowi, który przyrządzał pyszne żarcie. Na Jego cześć też zgodnym chórem odśpiewałyśmy zwrotkę naszej wspaniałej piosenki "Lody Bambino", która brzmi następująco: "A druh Jancio lody stawia, gdy nadarzy się okazja!". Pierwszy wspólny wieczór spędziliśmy wyjąc, na miarę "Bogurodzicy", wspaniałą pieśń o Jeleniu, do której Kali przygyrwał na swojej elektrycznej wspaniałości. Pieśń ta utkwiła nam w głowach tak bardzo, że dh Kupa i dh Babka całą noc się wzruszały, rozważając jej treść, aż zalały obfitymi łzami cały śpiwór.
Sobota 07.10.2006r.
Już od rana zapachniało przygodą. Podzieleni w kilkuosobowe patrole wyruszyliśmy na bieg. Żadnej wesołej ekipie nie udało się dotrzeć na wszytskie punkty, jednak całość odwiedziła dh Kupę. Jeden z patrolii próbował Ją nawet przekupić jabłkami, które z pozoru wyglądały bardzo apetycznie, jednak ich wnętrze okazało się nie godne uwagi. Na punktach zadania były bardzo ciekawe. Trzeba było rozbić namiot z dwóch pałatek, ułożyć trójkąty z żerdek, przeniesć klocki, odszukać Bogusia wśród leśnego runa, strzelić do celu, a nawet spuścić się na linach. Po biegu był bardzo pyszny obiad - żurek. Po nim zaś dwoje dużych bachorów (dh Kupa i dh Babka) zrobiły rundkę po lesie w poszukiwaniu kolorowych liści, z których wyczarowały piękny bukiet dla solenizantów. I w ten sposób czas upłynął do momentu grupowego śpiewania [czyt.wycia] w rytm dźwięków wydobywanych z elektrycznego bóstwa. Wszyscy zgodnie śpiewaliśmy "Krzyzysową narzeczoną", "Kocham cię jak Irlandię" i inne romantyczne kawałki. Potem był kominek, na który przybył dh Jerzy Grzywacz.

A po kominku... wreszcie odbyła się wspaniała uczta urodzinowa!!! I oczywiście wyżerka na maxa, która przeciągnęła się aż do późnych godzin nocnych. Wtedy też dh Babka, Boguś,a także Łukasz zwany przez nas Rambem, wspólnie ustalali zawartość menażki Babki. Po to aby czasem w nocy nie zgłodniała.
Niedziela 08.10.2006r.
Rankiem, gdy tylko otowrzyłysmy zmęczone powieki, naszym oczom ukazał się wiszący na drzwiach anonim od niejakiego Kurzusia, któy po przeprowadzonym śledztwie okazał się sprawką Dasi. Potem zaczeła się typowa bieganina, poszliśmy na Mszę Św, spakowaliśmy nasze plecaki, żegnaliśmy się i w końcu wsiadłyśmy do "pomarańczy", która zawiozła nas do domu.
Wpisu dokonały dh Kupa i dh Babka.
|
|
Komentarzy:
1
|
|
2006-10-26
|



Na tą ważną dla nas uroczystość wybrałyśmy się podczas biwaku, który odbył się w dniach 15-17 IX 06r. Po uroczystej Mszy Św. uczestniczyłyśmy wraz z drużyną harcerzy w odsłonięciu wspomianego wcześniej pomnika. Nasz udział był bardzo czynny : najpierw lektorki Ania i Gosia czytały w czasie Mszy, potem nasza drużynowa Kamila Kolaska i przyboczna Gosia Kaczmarek (ta sama co czytała ;) odbywały wartę honorową. Po za tym rozdawałysmy książeczki poświęcone "Ince", której siostra również uczestniczyła w tak ważnym dla wsyztskich zdarzeniu. Natomiast sam biwak minął bardzo szybko i pozostawił po sobie miłe wspomienia. Przez 3 dni biwakowych harców zdobyłysmy wiele nowych wiadomości, zżyłyśmy się z sobą i przeżyłysmy chwile niezapomnianej radości.
Monika Kolaska
|
|
Komentarzy:
5
|
|
Małpi Gaj

Kamila Kolaska (drużynowa)

Gosia Kaczmarek (przyboczna)

Ania Grudzińska (zastępowa Świergotek)

Ewelina Stangel (Zastępowa Zielonego Płomienia) Księga gości |